Kornel Makuszyński
Coś takiego, zapomniałem butów...!
(fragment powieści Wyprawa pod psem)

Zbyszek usiłował iść dzielnie. Chociażby miał paść, będzie szedł, aż usłyszy komendę Zenobiego lub Zdzisława.
Tego dnia nie uszli daleko, a tego wieczoru nie mieli nic w ustach.
- Napijmy się wody - rzekł, niby wesoło, Zdzisław. - Woda nic nie kosztuje.
Apasz wyraził spojrzeniem delikatne zdziwienie, że chociaż rozpalili ognisko, niczego przy nim nie warzą. Położył się obok Zbyszka i od czasu do czasu szturchał go nosem w nogę. Zbyszek jednak patrzył ciemnym wzrokiem w rozchwiane płomienie.
Nazajutrz znowu napili się wody i szli smętnie przed siebie.
- Nasza droga potrwa jeszcze ze cztery dni - szepnął Zdzisław do Zenobiego. - Zbyszek się rozchoruje. Przeszukałeś dobrze plecaki?
- Dokładnie. I kieszenie też. Znalazłem grzebień.
- Nie da się zjeść. Zenobi, wymyśl co, u Boga Ojca! Patrz, jak Zbyszek nadrabia miną.
- Co wy tam szepczecie? - zapytał Zbyszek znienacka.
- Opowiadamy sobie wesołe historie - zaśmiał się bolesnym śmiechem Zdzisław. - Zbyszku złoty, idziesz jeszcze?
- Idę i będę szedł. W tej miejscowości zapewne odpoczniemy? - zapytał niepewnie.
Gdy wchodzili na rynek, Zenobi rzeką niecierpliwie:
- Przejdźmy tą uliczką obok, tam jest cień.
- Czemu nie chcesz iść przez rynek? - zapytał go Zdzisław na stronie.
- Bo w oknach sklepów wystawione są różne rarytasy. Zbyszkowi zrobi się słabo, a ja wtedy wytłukę szybę.
Usiedli w cieniu wielkich drzew i słuchali brzęczenia pszczół. Po jakiejś godzinie, milczącej i ciężkiej, Zenobi podniósł się powoli.
- Poczekajcie, ja zaraz wrócę - rzeką dobitnie.
Nie wracał jednak długo. Po godzinie ukazał się u wylotu uliczki i biegą bardzo szybko.
Zdzisław spojrzał bystrze i zakrzyknął:
- Zenobi, co ty tam masz?
- Bochenek chleba! - oznajmił Zenobi triumfalnie.
- o zbawco! o miłosierna duszo chrześcijańska! Czy to naprawdę chleb?
Zenobi gorączkowo krajał chleb na cztery części.
Przez długą chwilę słychać było pracowite miażdżenie chleba.
Dopiero w drodze, Zdzisław zagadnął Zenobiego:
- Zbyszek nie słyszy, możesz nie łgać. Jakim sposobem wziąłeś chleb?
- Bardzo prostym: sprzedałem koszulę.
- Moją?
- Nie, własną. Mam dwie koszule, a jeden grzbiet. Po co mi była druga koszula?
- Zenobi, czy pozwolisz, że cię uściskam? Ale trochę później, bo teraz za gorąco.
- Uściśnij słup telegraficzny!
Jaśniej im się uczyniło po zjedzeniu tego kawałka chleba. Zdzisław zaś obliczył, że ponieważ każdy z nich ma zapasową koszulę, będzie można przeżyć dwa dni. Na najbliższym przeto postoju zniknął z małym zawiniątkiem w zanadrzu.
W końcu przejedli już wszystkie płótno i pozostało im tylko to, co mieli na sobie.
- Ile kilometrów? - zapytał Zdzisław.
- Osiem - oznajmił Zenobi. - Cały jutrzejszy dzień. Potem koniec!
- Nie “potem”, lecz “przedtem” będzie koniec. Od kilku dni żywimy się suchym chlebem. Nawet ja ledwie się już wlokę. Zbyszek ma takie oczy, jakby miał za chwilę zasnąć. Ty udajesz, a na Apaszu można odczytać wszystkie kości. Połóżcie się tutaj, a ja idę na wyprawę.
- Co będziesz sprzedawał? Nie masz już nic.
- Spróbuję sprzedać wiązankę moich złotych myśli.
- w takim razie nie powrócisz żywy.
Leżąc w rozgrzanej trawie, Zenobi rozmawiał czas niejaki ze Zbyszkiem, aż wreszcie usnął. Zbyszek, gładząc machinalnie łeb Apasza, gorzko rozmyślał. Nagle, usłyszawszy wesoły głos Zdzisława, spojrzał leniwie w jego stronę i krzyknął:
- Zenobi, wstań, wstań!
- Co się stało?
- Spójrz, on nie ma butów!
Zdzisław szedł, dziwacznie podskakując, dlatego w całej okazałości widać było jego nogi, owinięte w jakieś gałgany. W rękach za to niósł spore zawiniątko, które po chwili rzucił przed nich, wołając:
- Oto kiełbasa, godna chińskiego cesarza! Oto rozliczne chleby, rumiane i obsypane kminkiem! Oto trzy jaja na twardo, fenomenalnej wielkości! Nakrywajcie do stołu. Hej, służba, niewolnicy, pachołkowie!
- Ale gdzie są twoje buty? - krzyknął z rozpaczą Zbyszek.
Zdzisław okazał niebotyczne zdumienie, spojrzawszy na swoje nogi.
- Istotnie - rzeką - nie mam butów... Pierwszy raz mi się to zdarzyło, abym zgubił buty! Musiały mi spaść z nóg. To nadzwyczajne! Ale nic to, bez butów będę mniej butny...
Zbyszek chciał coś powiedzieć, ale Zdzisław zaczął pytlować na nowo:
- Wiecie, co mi przypomina to niebywałe roztargnienie? To, że wszyscy genialni ludzie odznaczali się nim w wysokim stopniu. Był raz jeden sławny uczony, który idąc ulicą ujrzał przed sobą czarną tablicę - wyjmuje przeto czym prędzej z kieszeni kredę i zaczyna pisać formuły matematyczne. Tymczasem tablica zaczyna uciekać. On za nią. Ona jeszcze prędzej, a on biegnie i pisze. Ha, ha! Bo to było pudło dorożki.
- Ale gdzie... - usiłował mu przerwać Zbyszek.
- A o tym profesorze słyszeliście, który gotował zegarek, a jajko trzymał w ręku, pilnie na nie spoglądając, aby gotowanie trwało trzy minuty?
- Jeśli natychmiast nie przestaniesz - wrzasnął przeraźliwie Zenobi - zabiję cię!
- Wielcy przewodnicy ludzkości często ginęli śmiercią męczeńską - mruknął Zdzisław, pilnie przyglądając się bardzo smutnemu Zbyszkowi.


1.Wymień imiona chłopców - głównych bohaterów powieści. Czy dostrzegłeś coś interesującego? Wymyśl podobne zestawienie.

2. Kto jeszcze występuje w tej powieści? Dowiedz się, np. Ze słownika języka polskiego, co znaczy jego imię. Jak myślisz, dlaczego mu je nadano?

3.Bohaterów jest trzech. Czy słyszałeś o innej słynnej trójce bohaterów? Stali się oni już niemal przysłowiowi. Mogłeś widzieć film o ich przygodach. Czy chłopcy w czymś ich przypominają?
Co pomaga przetrwać chłopcom trudne chwile?

4. Znajdź i przeczytaj wszystkie żartobliwe fragmenty tekstu. Może znasz inne dowcipy o roztargnionych ludziach?

5. Oceń postępowanie Zenobiego i Zdzisława. Dlaczego Zbyszek był smutny?

6. Dlaczego Zdzisław okazał niebotyczne zdumienie, a potem zaczął pytlować?

7. Czy zwróciłeś uwagę na wyraz: warzyć? Czym warzenie różni się od ważenia? Jak, bez sięgania po słownik ortograficzny, poradzisz sobie z pisownią tych wyrazów?

Podręcznik 4 klasy

Język polski w szkole

Kanon literatury dla dzieci

Strona główna